Szlak Brdy - Triathlon
Szlak Brdy – to co trudne, zostaje w pamięci.
W miniony weekend już po raz piąty grupa zaprzyjaźnionych wariatów ponownie przyjęła zaproszenie Dawida do odkrywania uroków najpiękniejszej z polskich rzek, czyli Brdy. Ponieważ ubiegłoroczna wersja triathlonowa się przyjęła, po raz drugi mogliśmy poznawać te rzekę w potrójnej odsłonie: pieszej, rowerowej i kajakowej. Tradycyjnie w Konarzynach była nasza meta, skąd każdego dnia wyruszaliśmy i powracaliśmy na wieczór, by we wspólnym gronie biesiadować.
W piątek o 14.00 ruszyliśmy „z buta” poprzez pola, łąki i knieje, poszukując śladów Brdy. Cieszyliśmy się słońcem i tak zwyczajnie sobą. Szczere i bardzo potrzebne rozmowy, zachwyty nad zachodzącym słońcem, wędrówki przez złociste rżysko, a nawet odpoczynek w objęciach zakochanych... Było radośnie, sympatycznie i romantycznie. Zrobiliśmy około 14 km. Po drodze zawitaliśmy do znanej nam dobrze przystani wodnej „Żmijowisko”. Wieczorem w pełnym składzie wszystkim uczestnikom zostały wręczone pakiety startowe oraz wylosowano dodatkowe nagrody z logiem Szlaku Brdy. Z racji 5 rocznicy Dawid otrzymał w podziękowaniu pamiątkowy album ze zdjęciami z wszystkich edycji (Madzia, Tomek – wielkie dzięki za pamięć i realizację). Była też okazja, by w większym gronie wspomnieć rowerowe sukcesy naszych przyjaciół - Robinsonadę i R-10. Miłe to, że potrafimy cieszyć się sportowymi sukcesami, ale również to, że docenione zostają nasze działania kibicowskie.
Najbardziej wszyscy obawiali się soboty, czyli szlaku rowerowego, gdyż on ze względu na teren zawsze uchodzi za najtrudniejszy i tak też było tym razem. Na szczęście pogoda, mimo fatalnych prognoz na ten dzień, ulitowała się nad nami. Owszem umęczyła nas chłodem i wiatrem, ale nie ulewą, a tylko sporadycznym deszczem. Inny żywioł dał nam się za to bardzo we znaki – PIASEK i to w ogromnych ilościach i w różnych odsłonach – na mokro, z igliwiem, grząski, błotny, zgrzytający w łańcuchu, pchający się z impetem do butów, gromadzący się pod błotnikiem. Niewątpliwie znaczącym plusem tej wyprawy było to, że się nic nie kurzyło. Asfalt był tradycyjnie w śladowych ilościach, ale przecież można było się tego spodziewać. Dawid nie zważając na nasze miny, umilał nam trasę, racząc nas opowieściami i ciekawostkami związanymi ze Szlakiem Brdy. Trasa wiodła przez Swornegacie, Drzewicz, Męcikał, Chociński Młyn. Mijaliśmy różne mostki, w tym na szczególną uwagę zasługuje Kozi Most jako punkt styku wszystkich tras: pieszej, rowerowej i wodnej. Zobaczyliśmy głaz upamiętniający miejsce, w którym pod lipą odpoczywał Napoleon, pokłoniliśmy się sześciusetletniemu Bartusiowi i zatrzymaliśmy się na chwilę przed krzyżem z figurą Chrystusa wykonanego z czarnego dębu liczącego około 2000 lat, wyłowionego z rzeki na południu Polski. W lasach pachniało już początkiem jesieni, widać było sporo grzybów, ale tych jadalnych tylko raz. Czasem zieleń Parku Narodowego Bory Tucholskie ożywiała się czerwienią kuleczek jarzębin oraz fioletem dzwonków, złotem nawłoci i subtelnym pięknem wrzosów. Widoki cudne, ale nie było nam łatwo. W umęczonych głowach kłębiły się najróżniejsze myśli, a na usta cisnęły niecenzuralne słowa. Mimo że czasem wydawało nam się, że już dalej nie damy rady, jednak odzyskiwaliśmy siły i pedałowaliśmy dalej, nie zważając na trudności. Człowiek naprawdę potrafi dużo znieść, a jeszcze więcej z siebie dać. Z pewnością dla wielu było to trudne wyzwanie, ale wszyscy sprostaliśmy zadaniu i do końca przejechaliśmy cały odcinek, liczący ok. 60 km. Możemy być z siebie dumni, bo ze względu na trudność trasy spokojnie dystans możemy podwoić. A wieczorem w nagrodę za trudy czekało nas podwójne weselisko. Świętowaliśmy dwie rocznice ślubu - Madzi i Tomka (choć bez niego, bo jest w trakcie maratonu dookoła Polski) oraz Ani i Marcina - srebrne gody. Oj, było wesoło! "Sto lat" zabrzmiało kilka razy, a nie zabrakło też tradycyjnej weselnej przyśpiewki: "A kto się w styczniu urodził". Lubimy się bawić:)
I wreszcie królewska niedziela – spływ kajakowy. Ruszaliśmy z Przechlewa, przepływając kajakami 16 km do miejscowości Ciecholewy. Pogoda przepiękna, jak na zamówienie - ze słońcem i z wiatrem w plecy, więc można było płynąć z prądem, delektując się urokami rzeki. Płynęliśmy w różnych stylach: profesjonalnym - środkiem wodnej wstęgi z dobrym tempem i zgraniem wiosłowania, relaksacyjnym – siłą natury bez wiosłowania, licząc, że prąd rzeki uniesie do celu, romantycznym – z umilaczami w postaci czekoladek, galaretek i symbolicznej lampki szampana z kostką lodu ( Ginguś jak zawsze stanął na wysokości zadania), w tandemach, katamaranach i innych ulepszeniach. No i ostatni styl szuwarowy slalom – dla tych, co mają fantazję lub ciut mniejsze umiejętności kajakarskie. Ponownie zawitaliśmy do „Żmijowiska”, posilając się żurkiem, kiełbaską, gulaszową i tortillami – pychota! Korzystając z pogody wypoczywaliśmy przed dalszym wiosłowaniem. Jedni na leżakach, inni ucinając drzemkę na ławce lub głaszcząc pieska Lunę – prawdziwą miłośniczkę os. Znalazł się jeden uczestnik z wyjątkowym pomysłem i poczuciem humoru. Jarka poniosła dziecięca fantazja i namówiony przez kolegów rzucił się na huśtawkę zawieszoną nad Brdą. Niczym Tarzan poszybował nad wodą, zanurzając czubki butów w rzece i wydając z siebie okrzyk dzikiej radości, choć może raczej przerażenia. Mirek, jak rasowy paparazzi, w ostatniej chwili uwiecznił ten dramatyczny kilkusekundowy skok na nagraniu, okraszając film głośnym rechotem. Grubo! W tym urokliwym miejscu Dawid dumny z wytrwałości uczestników wręczył wszystkim pamiątkowy medal, otrzymując w zamian symboliczny woreczek z piaskiem, na pamiątkę sobotnich zmagań rowerowych.
Weekend aktywny, angażujący wszystkie możliwe partie mięśniowo-kostne naszych ciał. Było kilku nowych uczestników, ale spora cześć to weterani będący na wszystkich edycjach. Trzeba podkreślić, że była to bardzo zdyscyplinowana grupa. Mimo zmęczenia i wieczornych atrakcji, rano bardzo punktualnie wszyscy gromadzili się, by przyjmować wyzwanie kolejnych dyscyplin triathlonu. Po mistrzowsku rozładowane i załadowane kajaki, sprawna pomoc w ich wodowaniu i cumowaniu. Z takim ludźmi można wiele osiągnąć.
Na zakończenie, nawiązując do dedykacji z albumu, jaki otrzymał nasz przewodnik, małe podziękowania dla Dawida, który zaraził nas miłością do przepięknej Brdy i za to, że cały czas mu się chce, a nam się chce razem z nim.
Tekst: Kasia
Zdjęcia z wydarzenia do obejrzenia na fb:
https://www.facebook.com/photo/?fbid=1116432877248628&set=pcb.1116436147248301