Rajd Klubowy "Szlakiem Brdy"
„Co nas nie zabije, to nas wzmocni” – znane i już trochę wysłużone powiedzenie, ale pasuje idealnie do tego, co przeżyliśmy w miniony weekend.
Druga edycja Szlaku Brdy to jedna z wielu inicjatyw wpisujących się w obchody 30-lecia BKTR GRYF. Rajd prowadził Dawid, którego wielką pasją jest propagowanie tego szlaku. Wspierał go cały czas Tomek czuwający na końcu grupy, dając sygnały za pomocą „walkie-talkie”. Ten niezwykle zgrany duet zapewnił nam warunki, w których mogliśmy w pełni oddać się urokom trasy.......... Wyprawa wyjątkowa, piekielnie trudna i wymagająca. Wiodła w większości przez leśne dukty, malinowe chruśniaki, uciążliwe piaszczyste lub błotniste ścieżyny i gęstwiny poprzecinane powalonymi drzewami. Soczysta majowa roślinność, przechodząc już w fazę bujnej dzikości, co jakiś czas była wzbogacona widokiem tej najpiękniejszej - Królowej Polskich Rzek, którą niezaprzeczalnie i niezmiennie jest ....... BRDA (tu się odzywa patriotyzm lokalny Dawida ).
Na miejsce startu w Konarzynach niektórzy najbardziej zdeterminowani uczestnicy rajdu dotarli na rowerach, zmagając się z przeciwnościami w postaci porywistego wiatru i deszczu. Pozostała część grupy z niecierpliwością czekała, by zainaugurować świętowanie urodzinowego tryptyku Magdy, bądź jak kto woli trzydniówki ( nie mylić z chorobą! ) Oj działo się! Dla niektórych ten radosny wieczór nie zapowiadał trudności, które miały nastąpić w czasie właściwego rajdu.
Zbiórka w sobotę o 7:00 rano po nocnych harcach „bolała”, ale grupa jest zdyscyplinowana. Dzień zaczął się pogodnie, ale od około 13:00 cały czas w zasadzie albo lalo się z nieba, albo padała dziwna mżawka, powodując, że momentami robiło się zimno i sennie. Przejazd przez Park Narodowy „Bory Tucholskie” dostarczył nam niezapomnianych wrażeń. Słynny Dąb Bartuś, urokliwy mosteczek oraz barcie stanowiły atrakcyjny wstęp niełatwego szlaku. W okolicach Nadolnej Karczmy zdarzyła się niestety pierwsza i nie ostatnia awaria – pękł łańcuch. W czasie naprawiania szkody piękniejsza część grupy nie próżnowała i postanowiła zrobić sobie wyjątkową sesję zdjęciową na ambonie. Nie można marnować przecież czasu! Dużym atutem tego dnia był posiłek w Mylofie. Pieczone pstrągi i zupka rybna to specjały tego miejsca. Część z nas skorzystała z zaproszenia pana Marka Jeleniewskiego i odwiedziła dom, który jak to określił jest muzeum Bydgoszczy na Pomorzu. Posilona grupa ruszyła dalej, nie zważając na niesprzyjającą aurę. W Gołąbku na grupę przemoczonych kolorowych skrzatów czekała trójka równie przemoczonych i obłoconych rowerzystów. Będąc w komplecie udaliśmy się na pomost, gdzie odbyło się oficjalne wręczenie medali za uczestnictwo w rajdzie. Dlaczego w tym momencie, a nie normalnie na koniec, jak to zwykle bywa? Otóż medale są piękne ale równie ciężkie, tak samo jak trasa rajdu. Największy trud pokonywany wspólnie zawsze lżejszym się wydaje, więc z barków Dawida i Tomka ubyło ciężaru, a my zostaliśmy dociążeni. Wejście na chybotliwy i wątpliwej jakości pomost 26 uczestników było ryzykowne i nie obyło się bez małej przygody – w pewnym momencie jedna beleczka się obłamała (ciiii). Na szczęście nie zakończyło się to dodatkową kąpielą, bo ta z nieba aż nadto dała nam popalić. Z pewnością wydarzeniem dnia była przeprawa w okolicach Rudzkiego Mostu przez strome zbocza koryta rzeki dosłownie usłane powalonymi pniami. Jednak nie to najbardziej zapadnie nam w pamięci. Najtrudniejszym, ale i jednym z ważniejszych momentów szlaku, było wspięcie się z rowerami pod ogromną, stromą górę porośniętą chaszczami. Grząskie błoto nie było sprzymierzeńcem. I tu wielki szacunek należy się wszystkim tym, którzy z dzikim zaangażowaniem, na zasadzie „podaj cegłę” pomagali wnieść rowery pozostałym uczestnikom. Ta akcja dowiodła, że stanowimy zgrany zespół, któremu niestraszne jest nawet najtrudniejsze zadanie – w grupie siła! Innym ciekawym choć trochę smutnym wydarzeniem dnia była kolejna awaria roweru tym razem Jurka – złamany hak od przerzutek. Doświadczony rowerzysta wie, co to oznacza – poważna sprawa! To zdarzenie w środku lasu sporo jeszcze kilometrów od noclegu zmusiło nas do dłuższego postoju. I jak to w takich sytuacjach bywa, wokół roweru poszkodowanego zgromadziła się rada specjalistów z najwyższej półki. Radzono, radzono i trochę to trwało. Reszta uczestników przemoknięta, zziębnięta cierpliwie czekała, kosztując różne słodkości i przekąski. W końcu bardzo powolnym tempem, solidaryzując się z poszkodowanym, ruszyliśmy na nocleg do Nogawicy. Tam kontynuowaliśmy urodzinowe świętowanie wzbogacone o różne niespodzianki i atrakcje. Wreszcie zakosztowaliśmy upragnionego odpoczynku po bardzo intensywnym dniu.
Piątek - pod znakiem wiatru, sobota deszczowa, ale w końcu niedziela uraczyła nas piękną pogodą. Trasa nie tak ekstremalna, ale wcale nie łatwiejsza (tutaj można chociażby wspomnieć wymagający odcinek prowadzący urwiskiem, na którym swoje ubiegłoroczne „momenty” wspominał Jarek). Droga tego dnia wiodła przez Piłę Młyn, Zamrzenicę, Romanowo, Bożenkowo, aż do Brdyujścia. Marzył nam się w tym dniu pyszny posiłek. Dlatego celem nadrzędnym była – Emilka! Nie zawiedliśmy się. Obiad w uroczym miejscu w postaci różnych dań: wątróbka, schabowy, zupa borowikowa, flaczki i krem ze szparagów zaspokoił apetyt zgłodniałych i zmęczonych rowerzystów. Te wyrafinowane specjały były pyszne, ale równie smaczne okazały się Kasi kabanosy wyciągnięte przez nią znienacka z sakwy rowerowej. Jeszcze obowiązkowa sesja zdjęciowa w Janowie, błotnisty wąwóz do źródełka i dobrze znany Myślęcinek. A tam miła niespodzianka – kolejna, tym razem prestiżowa sesja zdjęciowa dla samej Aktywnej Bydgoszczy promującej czerwcową rywalizację. Ale nam się trafiło! Rajd zakończył się w Brdyujściu, gdzie przybiliśmy piątkę z niebieską kropką na drzewie oznaczającą koniec szlaku. Potem pożegnaliśmy się przy samym ujściu Brdy, dziękując sobie nawzajem i gratulując ukończenia rajdu.
Niejeden z nas miał chwile zwątpienia i słabości. Po co się aż tak trudzić? Padały jeszcze inne pytania – czy my jesteśmy normalni? W wielu przypadkach tylko pewność i stoicki spokój prowadzącego nas Dawida oraz błękitno-białe znaczki na drzewach potwierdzały, że rzeczywiście cały czas trzymamy się szlaku, mimo że był tam jedynie zarys drogi, bądź jej w ogóle nie było, gdyż zarosły ją chaszcze inaczej zwane chęchami. Co niektórzy momentami woleliby nawet w nocy zakraść się i po cichu wymazać z drzew te oznaczenia szlaku, aby wybrać w zamian upragniony, łatwy i przewidywalny asfalcik. Nic z tego, nawet kiedy już by się wszystkim wydawało, że będzie gładko, zawsze ruszaliśmy tam, gdzie normalnie ukształtowany rowerzysta z krwi i kości nigdy by nie pojechał. Ale to właśnie specyfika i wyjątkowość tego rajdu - ogromny trud, często złość, ale też wielka lekcja pokory, by jednak zaufać organizatorom którzy wiedzą, że jest to do zrobienia i że ostatecznie na końcu będzie warto. Widoki nieskażonej cywilizacją przyrody, urok dzikiej Brdy, pokonywanie słabości, podnoszenie z upadków, walka z awariami, deszczem, powalonymi drzewami, uderzającymi w twarz liśćmi ale również solidarność grupy to niezaprzeczalne walory tego, co przeżyliśmy. Nie zawsze atrakcje na skalę europejską, czy setki pokonanych kilometrów pozostają w pamięci. Dla niektórych satysfakcja, że się wytrwało do końca w tym dziwnym rajdzie oraz urzekające i zapadające w serce widoki przyrody będą najlepszą nagrodą i pamiątką z tej przygody. Tak jak w życiu - „Per aspera ad astra!”
Tekst: Kasia
zdjęcia z rajdu do obejrzenia na fb:
Rozpoczęcie sezonu rowerowego 2022
"ACH TO TY"
"Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi" chciałoby się powiedzieć za Markiem Grechutą ale w tym przypadku nie mogło być mowy o zaskoczeniu.
Mimo że do oficjalnego rozpoczęcia wiosny brakowało jeszcze dwóch dni to przygotowani na jej powitanie byliśmy już od dawna.
Wyciągnięte z zakamarków i piwnic nasze stalowe rumaki po raz kolejny nabrały blasku, dostały nowego powietrza (w tym roku modne jest górskie) oraz świeżego smarowania. Z zakamarków szaf powyciągaliśmy nasze rowerowe akcesoria, koszulki klubowe i flagi aby godnie reprezentować się w kolorowym korowodzie na ulicach miasta. Od wielu dni także nabierała kształtu oraz urody Marzanna zwana Ziutą, której tragiczny ostateczny los, był znany wszystkim już od dawna.
Punktualnie o 10:00 siedemdziesięcio osobowa grupa niespiesznie lecz dostojnie wyruszyła że Starego Rynku by najpierw wzdłuż Brdy, ulicami miasta a następnie lasami dotrzeć do punktu docelowego jakim było Janowo.
Trasa krótka ale inauguracyjne rozpoczęcie sezonu spowodowało że wielu z nas po raz pierwszy miało okazję wsiąść na rower i sprawdzić nie tylko techniczny stan naszych jednośladów ale i fizyczne przygotowanie naszych organizmów do ciężkiego sezonu.
Jeżeli coś nie funkcjonowało jak trzeba a nawet gdy coś bolało to widok suto zastawionych stołów pod wiatą w Janowie spowodował że o wszystkim zapomnieliśmy. Ten smaluszek, ten chlebek, te rogaliki, ciasta, pączusie i ta kiełbaska prosto z ognia zrekompensowały nam wszystkie trudy tego dnia. Pałaszowaliśmy te pyszności omawiając jednocześnie plany na ten nadchodzący sezon.
Jeszcze tylko uroczyste pożegnanie zimy poprzez utopienie a następnie spalenie Marzanny i powoli małymi grupkami, niektórzy do domu a inni w dalszą trasę skończyliśmy jakże obfity w wydarzenia dzień.
Tekst: Jarek
Jeszcze raz dziękuję wszystkim za zaangażowanie i bezinteresowną pomoc w tym, żeby rozpoczęcie sezonu rowerowego z BKTR GRYF wyglądało właśnie tak. To ludzie tworzą rowerową społeczność, wierzę że wspólnie możemy więcej i jestem pewien, że w tym sezonie jeszcze wiele wspólnych wyjazdów przed nami!
Tomek
zdjęcia z rajdu do obejrzenia na fb: